Wyprawa do Ameryki Łacińskiej

 

Pierwsze podróże Oleńki

Kuba tutaj Ola się ...

Meksyk tu poznała ...

San Paulo tu ...

Headline full story...

Headline full story...

Headline full story...

Opowięści Oli

Szczęście w nieszczęściu: czyli jak w moim życiu pojawił się Ragazzo dell’Europa

W roku następnym również zdecydowałam się pojechać na obóz pracy, również do Francji, tylko, że z inna koleżanką (Mileną), w inne miejsce i tym razem w nieco innym celu. Pojechałyśmy najpierw do Paryża, żeby odwiedzić znajomych z zeszłego roku. Obóz miał miejsce tym razem na północy Francji – w regionie Picardi.

Po obozie miałam jeszcze spędzić cudowny (jak mi się wtedy wydawało) tydzień w Paryżu. Sam obóz obchodził mnie niewiele. Paryż okazał się kolejnym „przeklętym miastem”, podobnie jak rok wcześniej Annecy. Przyszło mi wtedy na myśl, że albo za bardzo ufam ludziom (dokonując projekcji, wydaje mi się, że każdy w danej sytuacji postąpi tak jak ja bym postąpiła), albo po prostu jestem głupia. W każdym bądź razie – sytuacja była podobna – miałam jeszcze tydzień do odjazdu mojego autokaru do Polski, obóz się kończył, a ja dosłownie na dzień przed wyjazdem do Paryża przez telefon na śmierć i życie pokłóciłam się z osobą, u której w mieszkaniu miałam spędzić kolejne 7 dni i nocy… Po raz kolejny zostałam na lodzie. Koleżanka następnego dnia miała autokar z powrotem do Warszawy. Stopem opuszczaliśmy region Picardi podążając w stronę obrzydliwej stolicy tego obrzydliwego państwa obrzydliwie podłych ludzi (jak mi się wtedy wydawało), która jeszcze na domiar wszystkiego była światową Mekką wszelkiego rodzaju obrzydliwych kochanków i zakochanych (myśl o tym pociągała za sobą natychmiast myśl kolejną – żeby do swojej szyi przytroczyć obrzydliwie ciężki kamień i rzucić się do obrzydliwej Sekwany). Stopem jechałam razem z młodszym ode mnie o rok Włochem Alessandro, z którym zaprzyjaźniliśmy się już co nieco na obozie. Przedstawiłam mu po krótce swoją beznadziejna sytuację, a on wtedy uściskał mnie i powiedział: Ola żaden problem, ja mam jeszcze trochę pieniędzy, pojedziemy razem stopem do Brukseli, Amsterdamu, później zabiorę cię do Milano! Nic się nie martw wszystko będzie dobrze. Alessandro jest moim przyjacielem do dziś, podróżowaliśmy później jeszcze wielokrotnie. Jest małym, śmiesznym włoskim casanovą. To dzieciak. Nazywa mnie swoją międzynarodową siostrą, a ja jego bratem. Mam nadzieję, że kiedyś uda nam się odbyć jakąś naprawdę długą szalona podróż autostopem. Wracając jednak do obrzydliwej Francji, okazało się, że Ale wcale za dużo pieniędzy nie ma. Postanowiliśmy jeszcze kilka dni spędzić w Paryżu (przymykając oko na obrzydliwych kochanków i udając, że nie widzimy kamieni leżących nad Sekwaną), bo byłam tam już drugi raz a nie widziałam praktycznie nic, Ale był tam przed laty i niewiele pamiętał. Po dosyć długich poszukiwaniach miejsca na nocleg wylądowaliśmy w autentycznie odrażającym schronisku na przedmieściach (adres podsunął nam znajomy pół – Polak, pół – Francuz), które przywodziło raczej na myśl ośrodek dla uchodźców. Sceneria była niesamowita. Nasz pokój wyglądał jakby nie został sprzątnięty po ostatnich gościach. Był niewielki, naprzeciwko wejścia znajdowało się okno – w którym zamiast szyby tkwiło… krzesło. Obok okna ustawiona była całkowicie przezroczysta kabina prysznicowa. Skorzystałam z niej raz (Italianiec zmuszony był wtedy przechadzać się po korytarzu), zaś mój zagraniczny przyjaciel podjął męską decyzję, że umyje się dopiero w Mediolanie. Mieliśmy w końcu tutaj zabawić zaledwie 3 dni. Nasz znajomy pół - Polak podarował nam przy rozstaniu butelkę pastis, znając nasze zamiłowanie do tego trunku. Pamiętam, że pierwszego wieczoru siedząc na nakrytym setkami kap niepierwszej czystości zdezelowanym łóżku piliśmy tą pastis i najnormalniej w świecie płakaliśmy. Oboje mieliśmy swoje problemy i upiliśmy się „po rosyjsku” – na smutno.

Zwiedzaliśmy niechętnie Paryż. W nastroju byliśmy takim, że zamiast zachwycać się Notre Dame i Champs Elysees najchętniej dla wyrażenia naszej dezaprobaty delikatnie mówiąc zwymiotowalibyśmy na paryskie trotuary, uzupełniając tym samym ogólna atmosferę OBRZYDLIWOŚCI tego miasta, tego kraju, tych ludzi.

Alessandro postanowił za ostatnie pieniądze kupić mi bilet na pociąg do Mediolanu, nie miał ochoty żyć dłużej życiem uchodźcy, chciał wracać. Pobyt w jego mieście wspominam całkiem miło. Oprócz Duomo i Pałacu Sforzów zobaczyłam raczej niewiele, zresztą Ale od początku nastawił mnie negatywnie, mówiąc że to miasto jest tylko tak rozreklamowane, ale w rzeczywistości nic ciekawego tutaj nie ma. Zresztą, mimo że były wakacje (a może właśnie dlatego) miasto było opustoszałe, większość knajp zamkniętych. Duchota. I chłodne mieszkanie Italiańca. Cóż…podróże to w końcu nie tylko zwiedzanie…

Później Ale przyjechał do Polski na Sylwestra. Postanowiliśmy, że w wakacje po raz kolejny pojedziemy na obóz pracy, tylko że tym razem na Węgry. Zamierzaliśmy po obozie wypuścić się gdzieś stopem na dłużej – myśleliśmy o Ukrainie, Bułgarii i Rumunii, ale końcu okazało się, że Alessandro będzie miał po obozie zaledwie tydzień, bo musi wracać na jakiś zaległy egzamin, którego nie zaliczył wcześniej. Spotkaliśmy się w Bratysławie, gdzie parę nocy spędziliśmy u znajomej Słowaczki (tym razem nie spotkała nas żadna niemiła niespodzianka, gościnność ludzi ze wschodu okazała się być niezawodna). Później pojechaliśmy stopem do Budapesztu. Większość trasy przebyliśmy z przemiłym młodym Niemcem, który jechał na olbrzymi festiwal rockowy do stolicy Madziarorsagu. Parę dni spędzonych na kempingu w tym przepięknym mieście zaowocowało zawarciem paru zabawnych znajomości – między innymi z dwoma Włochami z Sycylii, którzy wielokrotnie podczas naszego krótkiego pobytu w Budapeszcie, wyciągali do nas swoją pomocną dłoń. Dalej autobusem udaliśmy się na 3 tygodniowy obóz do małej wioski na północnym wschodzie kraju – Kazar. Region ten jest bardzo biedny. W czasach realnego socjalizmu oddychał w pełni swoją madziarską piersią dzięki prężnie rozwijającemu się przemysłowi wydobywczemu. Teraz podupadał, gnił, wegetował. Najlepszym świadectwem panującej tam nostalgii za minioną epoką była mała knajpka, w naszej obozowej wiosce, do której co wieczór chadzaliśmy. Prowadził ją przemiły starszy facet (przedstawił nam się jako Willy), który był zagorzałym komunistą. Nad stolikami, przy których zasiadaliśmy wisiały kolejno portrety: Marksa, Engelsa, Lenina oraz węgierskiego przywódcy komunistycznego Janosa Kadara. Nad barem wisiał transparent z wytłuszczoną liczbą 133. Spytałam się Wiliiego co symbolizuje ta liczba. Częściowo na migi częściowo po rosyjsku (swoją drogą dziwiło mnie, że ten miłośnik Kraju Rad nie za dobrze operował tymże językiem) wyjaśnił mi, że gdyby Lenin żył miałby dziś 133 lata…

Na obozie poznaliśmy wielu fantastycznych ludzi. Po jego zakończeniu prawie wszyscy uczestnicy pojechali razem z nami z powrotem na budapeszteński kemping. Problem był taki, że ja i Ale byliśmy jedynymi w tym towarzystwie osobami, które posiadały namiot (a zaoferować w nim miejsca komuś więcej nie byliśmy w stanie, bo sami jeżeli chcieliśmy się tam zmieścić razem z bagażami musieliśmy spać przytuleni do siebie niczym sardynki w puszce). W końcu jeden Francuz (jakże różni są przedstawiciele tej narodowości!) zdecydował się na zakup namiotu. Suma sumarum skończyło się to tak, że bagaże spały w namiotach, a zdecydowana większość w śpiworach pod gołym niebem. Zabawiliśmy tam kilka dni, które wspominam bardzo miło. Stopniowo każdego dnia ktoś znikał, udając się w podróż powrotną do swojego kraju. W końcu zostaliśmy sami z Ale i z Niemką – Mareike. Postanowiliśmy, że pojedziemy do Lwowa, ale okazało się, że zdobycie wiz dla moich kompanów z Europy Zachodniej nie będzie wcale takie proste (przede wszystkim pochłonęłoby sporo czasu, którego i tak mieliśmy niewiele). Podjęliśmy, więc decyzję że zostaniemy na madziarskiej ziemi i jak na prawdziwych turystów przystało udaliśmy się nad Balaton. Oczywiście autostopem (chociaż nie wiem czy podróż pociągiem nie wyszłaby w rezultacie taniej, bo podczas jednego z postojów na stacji benzynowej w toalecie zostawiłam nieopatrznie swój portfel z częścią pieniędzy…). Nie polecam wolnym ptakom, dzikim podróżnikom spragnionym pięknych krajobrazów, miejscowego folkloru i skrawka ziemi dla rozbicia namiotu nad jeziorem, wyprawy nad Balaton. Nic z tego tam nie znajdziecie. My objechaliśmy dookoła pół Balatonu i znaleźliśmy jedynie – tysiące hoteli, drożyznę, wszechobecnych Niemców. Do pasji doprowadzało nas, że musimy iść pół kilometra od brzegu żeby chociaż trochę się zanurzyć w wodzie. Oczywiście krajobrazy bywały ładne, a wystarczyło tak naprawdę parę kilometrów odejść od centrum turystycznego miasteczka, żeby w wiosce na wzgórzu znaleźć taniusieńką knajpę, do której obcokrajowcy raczej nigdy nie trafiali. Folklor można odnaleźć wszędzie, trzeba się tylko trochę postarać. Spore problemy mieliśmy ze spaniem na dziko. Brzeg jeziora ze wszystkich stron był szczelnie obudowany hotelami bądź po prostu prywatnymi rezydencjami. Raz spaliśmy nad brzegiem w jakimś parku, raz chamsko rozłożyliśmy się w czyimś ogrodzie (nie było siatki, a właściciele widocznie gdzieś wyjechali).

Po kilku dniach Niemka wróciła do Berlina, a my z Ale przez Austrię udaliśmy się z powrotem do Bratysławy, gdzie po raz kolejny musieliśmy się rozstać.

 

 

O nas | Dotychczasowe podróże | Ksiega gości | Napisz do nas | ©2005 Marcin Plewka